Z wizytą na konferencji w Karniowicach 21 lutego 2026
Prezentacja prof. Tofilskiego trwała około 2 godziny, stąd trudno byłoby ją streścić w całości, natomiast mnie zainteresowały głównie trzy jej części, które postaram się tu swoimi słowami opowiedzieć.
Tytuł to "Zalety rodzimych pszczół miodnych". Na wstępie podkreślę, że nie do końca byłem w grupie docelowej. Ja osobiście patrzę na pszczelarstwo z nieco innej strony. Pszczoły miodne interesują mnie jako swego rodzaju pomost między człowiekiem a naturą. Pomijając wyolbrzymione w głowach aktywistów zarzuty odnośnie wąskiej grupy gatunków zapylaczy (z reguły zarzuty nieprawdziwe), dzięki współpracy z pszczołami czuję się częścią czegoś większego, pozytywnie włączony w krąg tego wszystkiego żywego, co mnie otacza. To tak, jakby w mojej budce zamieszkała para najpiękniejszych ptaków. Z pszczół przychodzi dla środowiska jednak więcej, niż z ptaków - przynajmniej w moim odczuciu.
Dlatego te pszczoły rodzime - a w zasadzie lokalne dzięki trzymaniu ich w zgodzie z naturą (niekoniecznie oznacza to "rodzimość") - są dla mnie oczywistością. Skoro podpinam się niejako do świata ukształtowanego obok człowieczej sprawczości, nie będę tego robił z pszczołami, które wymagają regularnych dolewek genów z importu, by podtrzymać cechy, które najwyraźniej do tego świata nie pasują. Gdyby pasowały, nie byłoby wszak trzeba ich sztucznie wzmacniać, prawda?
Zdaję sobie jednak sprawę, że wielu pszczelarzy myśli o pszczołach jako o swego rodzaju narzędziu do produkcji wyniku, mierzonego w kilogramach złotych cukrów z wartościowymi dodatkami. Prof. Tofilski przemówił właśnie do nich.
Zwrócił mianowicie po pierwsze uwagę na to, że właściwe dla Europy Środkowej pszczoły linii "M" nie wszędzie zostały wyparte tak jak w Polsce, przez importowane podgatunki. Pokazał na to dowód w postaci analizy użyłkowania skrzydeł pszczół w Europie (w 86% zgodnej z badaniami mikrosatelitarnego DNA), która ujawniła, że np. Hiszpanie nadal mają tę pszczołę. Głównym deklarowanym powodem, dla którego polscy pszczelarze czuli niechęć do AMM, była "łagodność" tych importowanych pszczół. Otóż okazuje się, że różnica w obronności między pszczołą rodzimą a importowanymi krainkami wcale nie jest taka wielka, jak to nam wmówiono. Hiszpański pszczelarz nie nagrywa może filmików na Youtube, jak pracuje przy ulach w slipkach, prawie zawsze zakłada kapelusz pszczelarski, ale to mu wystarczy. Najbardziej agresywne natomiast nie są pszczoły czystej linii "M", tylko mieszańce któregoś pokolenia.
I najciekawsze - ci Hiszpanie (ale także inni posiadacze pszczół właściwych dla swego regionu) mają niemal najwyższe zbiory miodu ze wszystkich krajów w Europie.
[Obrazek - Hiszpanie posiadają pszczoły linii "M"]
[Obrazek - Hiszpanie produkują dużo miodu]
To był pierwszy ciekawy argument kierowany do pszczelarzy, którzy myślą o swoim pszczelarstwie nieco inaczej, niż np. ja. Posiadając pszczoły właściwe dla naszej strefy klimatycznej - być może będziesz musiał częściej zakładać kapelusz z siatką - ale za to będziesz miał więcej miodu?
Druga ciekawa dla większości pszczelarzy sprawa, którą poruszył profesor, dotyczyła wybujałej "mięsności" pszczół sprowadzanych z południa, która objawia się niekorzystnym dla zdrowia i pokarmu czerwieniem zimą, ale także tym, że coraz częściej te pszczoły, załadowane czerwiem nawet w okresie dziur pożytkowych, trzeba dokarmiać w lecie.
Tutaj skupił się na interesującym aspekcie popularności ostatnimi czasy inwertów glukozowo-fruktozowych. Otóż jak obliczył, kilogram cukrów w takim inwercie kosztuje ok. 8-9 złotych (z doliczeniem kosztów transportu). I mimo że szukał intensywnie nie tylko "przeciw", ale i "za" - nie znalazł takich prac naukowych, które wykazywałyby "wyższość" karmienia taką karmą nad sacharozą. W badaniach klateczkowych pszczoły częściej wybierały syrop sacharozowy, dłużej na nim żyły. W badaniach in vivo sacharoza bardziej pobudzała pszczoły do rozwoju...
Dlaczego zatem te inwerty ostatnio stały się tak popularne? Czy nie ma to związku z faktem, że sacharozę dolewaną latem - można łatwiej wykryć - niż owe inwerty, zatem część pszczelarzy swoje nietutejsze, mięsne pszczoły, dokarmiać może z większym poczuciem spokoju o swój "produkt"?
Prof. Adam kilkukrotnie przepraszał publiczność za brutalną szczerość swoich rozważań, ale, tłumaczył, jako naukowiec stara się prowadzić swe rozważania obiektywnie - a zatem też nie ucieka od trudnych pytań i wniosków. Jak inaczej wytłumaczyć coś, co jest droższe, gorsze jakościowo dla pszczół, a jednak coraz częściej stosowane? Mniejszą pracochłonnością?
Gdyby problemem było mieszanie, dlaczego pszczelarze nie poszukują syropu sacharozowego, już pomieszanego? Dlaczego cukrownie nie proponują takiego produktu pszczelarzom? Przecież z ich punktu widzenia byłby to łatwiejszy do uzyskania efekt przetwarzania buraka - syrop buraczany powstaje wszak w pewnym momencie procesu i cukrownie muszą go wysuszać celem uzyskania kryształków. Sprawa byłaby więc prosta. A jednak?
Czyli - drogi pszczelarzu, zwłaszcza hobbysto. Po co Ci zaglądać zimą i jeździć z ciastem do pszczół? Po co Ci miód, o którym nie wiesz, ile ma dodatku paszowego, bo musiałeś dokarmiać swoje importowane brojlery między rzepakiem a lipą? Po co Ci gwiazdorzenie w slipkach na Youtube, kiedy możesz po Bożemu gwiazdorzyć w kapeluszu z siatką? Wreszcie - po co Ci coroczne zakupy matek, to całe poddawanie, patrzenie czy nie uszkodzone, czy nie wykształciły się trutówki... Kiedy możesz cieszyć się małym kawałkiem rodzimej natury, który u Ciebie zamieszkał, dając przy tym więcej radości z obcowania - a jak wskazuje doświadczenie innych krajów - radości również z dobrego miodu?
Komentarze
Prześlij komentarz